RSS
sobota, 21 września 2013

Kielich goryczy został przelany słowami pseudodziennikarzy wprowadzających społeczeństwo w błąd.

W ostatnich dniach, tygodniach mamy próbę linczu na funkcjonariuszu publicznym, którym jest kuratorka zawodowa rodzinna. Oburzenie i atmosfera skandalu wywołana przez rodziców zastępczych kilkuletniego chłopca, którzy nie ufając sądowi, który im tą pieczę wcześniej powierzył obawiają się rozwiązania rodziny zastępczej i biegną po pomoc do czwartej władzy. Nierzetelne dziennikarstwo gra na emocjach: odebrać dziecko za nadwagę! Cóż za okrucieństwo kuratorki!

Media wprowadzają czytelników, słuchaczy w błąd podając nierzetelne informacje.

W ramach zapewne standardowej kontroli sprawowania pieczy zastępczej kurator rodzinna przeprowadziła wywiad środowiskowy. Wywiad, w którego późniejszej treści opisuje się sytuację małoletniego. Rodzinną, mieszkaniową, zdrowotną, materialną itp. Kuratorka nie składała w tej sprawie żadnego wniosku, a jedyny "wniosek" jaki sporządziła to podsumowujący treść wywiadu: wniosek, jaki pisze się podsumowując każdą pracę, artykuł itp. Po przeczytaniu wywiadu sąd postanowił omówić sprawę rodziny zastępczej na posiedzeniu sądu. Bo sąd podejmuje decyzje i omawia sprawy nie w swoim gabinecie, tylko na posiedzeniu sądu. Gdzie wysłuchiwane są strony.

Słusznie znalazła się w treści wywiadu informacja na temat nadwagi dziecka. Nie da się jej nie zauważyć. Wszyscy też dobrze wiemy, że kilkulatek nie wybiera sobie sam posiłków – tak więc to sprawujący nad nim pieczę rodzice zastępczy dbają o jego wyżywienie, jakość posiłków, ich kaloryczność, a także zapewne zabawę, ruch i inne zadania przeciwdziałajace tyciu. Dbają o jego zdrowie. Otyłość to choroba. Poważna choroba, która niesie za sobą i kalectwo fizyczne, i pogarszanie ogólnego stanu zdrowia a także pogarsza kontakty społeczne. Kilkulatek zacznie naukę szkolną, a od swoich rówieśników nie usłyszy: jesteś chory na otyłość. Usłyszy: ty grubasie!

Tylko, że żyjemy w kraju hipokrytów. Rodzice czy dziadkowie są władcami dzieci a nie ich opiekunami. W gazecie wiszącej na kiosku mignęło mi zdjecie babci i chłopca na tle otwartej lodówki. W lodówce na drzwiach ketchup i dżem. Zdrowiutko. Dietetycznie. Jedz, będziesz "dobrze" wyglądał. Dobrze wiemy, że babcie mają skłonność do przekarmiania. Część z nich zatrzymała się na metodach żywienia z poprzedniej epoki. W tym kraju nie można też zwrócić komuś uwagi. Nie podobają nam się sytuacje, ale oczywiście nikt nie powie tego głośno. Kolega z pracy się nie myje? Niegrzecznie zwrócić mu uwagę. Ktoś pluje na ulicy, śmieci. Jego sprawa. Bluźni? Nie miło, ale w sumie zaraz się o nim zapomni.

Chłopiec z rodziny zastępczej nie zapomni. Będzie kolejnych kilka lat pod opieką źle żywiących go osób, zaniedbujących jego zdrowie. A odrzucenie przez rówieśników zrekompensuje sobie paczką chipsów.

A nie, może nie będzie. Może pani kuratorka uratowała go przed tym nieszczęśliwym losem :)

niedziela, 28 lipca 2013

Czasem znajduję chwilę na refleksję. Próbuję zobaczyć swoje życie, ale nie jestem chyba nadal zdolna zrozumieć wszystkiego. A może ciągle jeszcze trudno przyjąć do wiadomości, że  tak wiele rzeczy nie ma żadnego sensu...

Przyglądam się znajomym i nieznajomym parom i próbuję zrozumieć, dlaczego jestem sama. Mogłam nie być. Mogłam przyjąć kilkakrotnie oświadczyny. Mogłam znosić niedojrzałe zachowania moich partnerów. Wtedy byłabym "sama w związku"...

Nie miałam szczęścia do mężczyzn. Staram się to zrozumieć z punktu psychologicznego i wynik mi się nie podoba. Wybór niedojrzałego partnera świadczy o własnej niedojrzałości. Z drugiej jednak strony zostawiłam każdego z nich. Więc nie jest źle.

Ciągle nurtuje mnie to, dlaczego ludzie, którzy nie potrafią siebie samego zaakceptować, siebie samego kochać, liczą, że ich życie będzie lepsze, kiedy się z kimś zwiążą. Naiwni. Jakby lekiem na ich niskie poczucie szczęścia życiowego miałby być inny człowiek. Ograniczony sposób myślenia, który prowadzi do stworzenia wizerunku, który wydaje się dla innych atrakcyjny, aby tylko się sprzedać. A potem hulaj dusza: wciąganie w świat swojego lęku, żalu i bezradności drugiej osoby. I pretensje, gdy się nie udaje.

Chciałabym kogoś do wspólnej podróży przez życie. Podobnie patrzącego na świat. Podobnie światem zafascynowanego. Kto w związku daje partnerowi wolność bycia sobą i nie uważa za porzucenie zainteresowania resztą świata.

 

Inny nurt tego tematu: Obecnie moje roczniki mają spory wysyp dzieci. Istnieją wiec często w związkach. Rodzi to u mnie pytanie: czy  udało im się znaleźć partnerów atrakcyjnych tylko dla nich, czy też są to osoby dojrzałe, które byłyby atrakcyjne także dla mnie. A jeśli takie istnieją, to czemu ja nie spotkałam?

Tagi: związki
11:00, brebre
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 czerwca 2013

24 dni sanatoriowania. Pobyt w  świecie równoległym. Wyrwanie z własnego środowiska w inne miejsce, inaczej funkcjonujący świat, obcych ludzi. Mikro świat. Uregulowany w czasie, przestrzeni, małym społeczeństwie. 

Uczy. Zmienia. Nie daje możliwości nie przystosowania się. Wstajesz na godzinę. Kąpiel. Śniadanie. Gimnastyka. Masaż. Gimnastyka. Gimnastyka na basenie. Masaż wodny. Ćwiczenia intensywne - wysiłkowe. Obiad. Relaksacja u psychologa. Ćwiczenia w terenie. Kolacja. Spacer na plażę. Nocne pogaduchy na tarasie. Bania. Kąpiel. Sen.

Wpadanie w ten świat. Fart w grupie kuracjuszy. W realnym świecie nie gadałabym z nimi :) a jednak okazali się fajni, życzliwi. Uczenie dystansu. Do ludzi. Do choroby.

Prawie brak przeciętnych osobowości. Każdy wchodzący w skład grupy inny. A jednak wspólny front. Rodząca się sympatia.

Świadomość, że nigdy się już nie spotkamy. 

Świat równoległy. Tu i teraz.  Ja i oni. Oni i ja. 

24 dni w innym świcie, aby potem jak najintensywiej żyć w tym codziennym.

Czarodziejska góra. Dla mnie na Żuławach. Wszystkie historie prawdziwe i od czasu powstania powieści właściwie nic się nie zmieniło.

I czas powrotu. Dzień dobry świecie rzeczywisty. Ciekawam, ile we mnie zostanie z tego  istnienia gdzieś indziej :)

 

Nie umiem zrobić zdjęcia.

Widzę to, ale nie potrafię oddać: ciepła płynącej krwi, świszczącego oddechu, drżenia rąk z lęku, głodu i choroby, odwracanego spojrzenia, pogłebionej zmarszczki, dotyku czegoś, co się kocha, szelestu przewracanej kartki w książce, braku oddechu z powodu łkania, pragnienia wody, pierwszego motyla w brzuchu, zawahania się, które przechodzi w rezygnację, dźwięku odkorkowywanego wina,  pierwszych akordów ulubionej piosenki,  mruczenia kota na kolanach, 

niedziela, 19 maja 2013

Nie poszłam w sobotę na warsztat wikliniarski. Lenistwo wytłumaczyłam sobie nawałem obowiązków. Odstawiłam auto do warsztatu. Rozpoczełam pakowanie. 

Pakowanie jest ważne. Nigdy chyba nie wyjeżdżałam na 4 tygodnie. No i nie jest to wyjazd do górskiej chatki u zbiegu rzek, tylko do miejscowości jak dla mnie popularnej. Nowe doświadczenie jak nic.

Pracuję na bieżąco i na zaś. Zaczynam podejrzewać się o pracoholizm :p choć  tak naprawdę to po prostu wina kierownictwa. Jeszcze się stawiam, no bo ileż można? Zmiana miejsca pracy mi sie nie udała dotychczas, choć zgodnie z planem noworocznym byłam pokłonić się potencjalnemu pracodawcy w pierwszym kwartale roku.  Mam szansę w najbliższych trzech latach. Średnia pociecha...

W wielości planów i zainteresowań mam wrażenie, że żyję dość szybko. Choć przecież leżę często i dumam nad tym, co zaprowadziło mnie w to miejsce w życiu, i nad tym, co  winno się w nim jeszcze zdarzyć. Zastanawiam się też, o czym napisać. O Kim napisać.  Czy już mogę o tym, co miał mnie zabrać na spacer fiordem? Czy już mogę o tych, co obiecywali dozgonną miłość? Czy już mogę o wszystkich, których nie żałuję, choć nie byli konieczni w moim życiu? Czy ja ich jeszcze pamiętam?!!

Odczuwam nadciągalność nieuniknionego.  Jestem gotowa. Rozglądam się na ulicy. To Pan? A może Pan? Idę ulicą miasta w którym mieszkam, chodzę ulicami innych miast, stoję na skrzyżowaniu małego ukraińskiego miasteczka. To Pan? Coś musi zdarzyć się!

Patrzę na swoje ciało i widzę jak się zmienia. Nabiera pewnej ciężkości, krągłości. To już nie jest gładka skóra dwudziestolatki. Inaczej idzie się ulicą. Inaczej przymierza sukienkę w sklepie. Inaczej zawiesza się głos. Inaczej patrzy w oczy. Także nieznajomych. 

Witamy w nowej erze. Doskonałe uczucie na każdy dzień w życiu. 

 

niedziela, 07 kwietnia 2013

Jakiś czas zastanawiałam się, czy umieścić tutaj ta historię. Spisałam ją a potem list opublikowała Wyborcza z okazji Dnia AIDS. Dziś pod wpływem impulsu - zamieszczam.

A potem kontynuuję pierwszy wiosenny weekend :)



1 grudnia. Światowy Dzień Walki z AIDS. Wyborcza zapytała: "Czy jesteśmy gotowi, by otwarcie, bez skrępowania, mówić o HIV"? Gorzko, ale aż głośno chce mi się śmiać w odpowiedzi na tak naiwne pytanie.
Jestem chyba inna niż rówieśnicy. Lat mam 33. Byłam kilka lat krwiodawcą. Nie zdradzałam swoich partnerów. Jeśli się nie zabezpieczyłam - robiłam później test. Bo wiem, że idąc z kimś do łóżka ryzykuję albo swoje zdrowie, albo, jeśli nie znam swojego stanu zdrowia, czyjeś...

Więc wykonywałam badania. W okresach przed nimi nie oddawałam krwi i nie podejmowałam kolejnych ryzykownych zachowań seksualnych. Bo są takie okresy Naiwni Państwo. HIV badanie wykazuje dopiero w 12 tygodni od zakażenia.

Mój partner wiedział, że jestem krwiodawcą. Wiedział to, kiedy mnie zdradzał i się mimo to nie zabezpieczał. Nie brakło mu na zdradę odwagi. Brakło jej, by mi powiedzieć, że nie mogę oddać krwi. I że powinnam odczekać i się przebadać.

Za późno podana informacja okazała się kosztowna. Spanikowana nie tylko tym, że mogę być zarażona, ale i tym, że oddałam zarażoną krew, zachorowałam. Nie wytrzymało serce. Wysokość ciśnienia stała się przyczyną zagrożenia mojego życia i na zawsze zniszczyła mi serce. Nigdy nie odstawię leków. I mimo, że okazało się, że zarażona nie jestem - nigdy już krwiodawcą nie będę. Tamtą krew już wtedy miał w sobie ktoś inny... Na wszystko było za późno.

Przyjaciele i znajomi mówią mi, że jestem przewrażliwiona. Że HIV nie jest tak powszechne, dziwią się, kiedy mówię, że znam nosicieli. Z niesmakiem lub złością słuchają, kiedy zwracam im uwagę, jakie konsekwencje może nieść niezabezpieczony przypadkowy seks. Uciekają od wiedzy i odpowiedzialności.

Trzeba nam nowych zasad życia z ludźmi. Niech taką zasadą będzie wykonanie testów na HIV przed pierwszym stosunkiem w nowym związku. Nim nieopatrznie - nie znając swojego stanu zdrowia - skrzywdzimy kogoś, na kim nam zależy. Nim nasz nowy partner/partnerka bezmyślnie zarazi nas. Niech takim standardem stanie się wzięcie odpowiedzialności za to, że możemy naszego partnera/partnerkę zarazić. Świadomość, że odpowiedzialnością i szczerością możemy uniknąć zniszczenia komuś życia. Widziałam w poradni pary, wykonujące badania razem.

Wykonanie testu to na prawdę mniejszy stres, niż ten, po którym pękło moje serce.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,126764,12966186,Peklo_mi_serce_na_mysl__ze_oddalam_zarazona_krew__list_.html#ixzz2PnYdTBh5
Tagi: HIV zdrada
19:12, brebre
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 marca 2013

Do skutku. Każdego dnia. Od przebudzenia, nim otworzysz oczy. W każdym oddechu. Całościowo. Systematycznie. Zawsze. Bez wahania. Szybko. Powoli. Smakując każdą chwilę. Wiecznie. Zdecydowanie. Bezustannie. Zawsze wierząc. Wstawając z kolan i próbując kolejny raz. Do ostatniej kropli krwi. Całym sobą. Z fantazją. Mimochodem. Bez końca. Mnogo! Spontanicznie. Permamentnie. Ryzykownie. Z radością. Mimo wszystko. Twórczo. Wbrew przeciwnościom. Mimo przeszkód. Od nowa. Wielokrotnie. Skutecznie. Nawet, gdy zaczynasz wątpić. W słowie, myśli i uczynkach. Nie tracąc celu z oczu.

Nigdy się nie poddawaj.

 

środa, 20 marca 2013

Moja Kierowniczka chyba myśli, że praca jest w mojej hierarchii najwyżej.

Bez sensu zupełnie, biorąc pod uwagę, że kilka lat temu ona sama walczyła o adopcję dziecka, by jej rodzina  była pełniejsza. Dziś pije wodę sodową awansu zawodowego i chyba zapomniała o Maluchu, który tupta po Jej mieszkaniu. Zapatrzona w  rubryczki przestała widzieć Nas jako ludzi. Byle wskaźniki się zgadzały. Niezwykle szybko się to stało, bo kierownikuje  Nam zaledwie dwa miesiące. Jeszcze dodam, że awans ekonomiczny jest to nie wielki. Więc tylko karmienie ambicji.

Karmienie ambicji, rozwój zawodowy. Ktoś w kretyńskim systemie kapitalizmu wmówił ludziom, że praca pięć albo więcej dni w tygodniu, awans zawodowy, zarabianie pieniędzy, by posiadać więcej przedmiotów, poświęcanie dla roboty zdrowia, życia osobistego - jest  SAMOREALIZACJĄ. Umieram. Co  w ten sposób można zrealizować? Rozpad więzi społecznych?

Oczywiście nie mam na myśli, byśmy rzucili pracę i przerzucili bagaż swojego utrzymania na państwo i organizacje charytatywne, ale ile tak naprawdę Nam potrzeba? Czy na serio każde z Twoich dzieci musi mieć oddzielny pokój? Aż tak się w tej rodzinie nienawidzicie, że  nie wytrzymacie na mniejszym metrażu?

Na wypadek, gdybyście chcieli mi zarzucić, że sama pracuję i sama sporo poświęcam zaznaczam: jestem człowiekiem bez adresu. Mam 33 lata i nie mam domu. Nie mam mieszkania. Nie mam też kąta u Rodziców, w którym mogłabym się schronić czy zaczepić. Zameldowana jestem w miejscu, w którym nigdy nie mieszkałam. Więc ciułam złotówki, choć na pewno mogłabym ciułać dychy.... aby to zmienić. Żeby książki miały gdzie mieszkać poza  kartonami.

Wracając: jakżesz tej kobicie wytłumaczyć, że praca nie jest TYM celem? Powierza mi dziś nowe obowiązki. Ja informuję, że mam termin do sanatorium. Ona mówi coś o pracy, zastępstwie czasowym. Ja mówię, że nie chciałabym spieprzyć tego co ważne. I co Ona myśli? No myśli o mojej PRACY! Do głowy by mi nie przyszło! Zajechałaby moje zdrowie, byle się słupek zgadzał :) Jako, że pracuję w budżetówce zamierzam napisać do Niej oficjalny list, by rozważyła zwiększanie zakresu obowiązków osobie chorej.   Zdumiewa mnie tak mocne oderwanie od rzeczywistego życia. Traci w moich oczach w systemie równi pochyłej. Zapatrzenie w obowiązki służbowe niosące za sobą poświęcanie się tej pracy naście godzin dziennie. W domu rodzina. Czy pamięta jeszcze jak wygląda? Patrzę na zmęczoną twarz. Prawie zakonny ubiór. Asceza? Jaką pustkę musi nakarmić poświęceniem się pracy?

Jak można dobrze funkcjonować bez równowagi w życiu? Jak długo? Czy piramida Maslowa to idiotyzm? Ile poświęcimy dla złotej tabliczki na drzwiach. Ile dla większej pieczątki. Ile dla złotej karty kredytowej. Ile dla kryształowych kieliszków, lepszych ciuchów, nowszego auta. Ile przedmiotów musimy mieć, by zauważyć, że nie mamy się z kim podzielić radością z ich posiadania?

 

czwartek, 14 marca 2013

Bywam w tym mieście kilka razy w roku, ale raczej przelotem niż spaceruję po ulicach. Tym razem coś trzeba załatwić w urzędzie, więc idę jedną z głównych ulic.

Zauważam Ją idącą z naprzeciwka. Ma bordową kurtkę, opaskę na głowie. Te opaski od 20 lat podobne. Zauważa mnie. Widzę skupienie Jej twarzy i oczy lustrujące moją twarz. Szuka w umyśle szuflady w której schowała wspomnienie o mnie. Chyba dawno tam nie zaglądała, bo długo to trwa, nim zdaje sobie sprawę kim jestem. W końcu znajduje. Uśmiecha się. Ten uśmiech trwa kilka sekund. Mam wrażenie, że nigdy w życiu nie uśmiechneła się na mój widok. Albo do mnie. Nie pamiętam takiego uśmiechu. Żadnego uśmiechu poza drwiącym. Jej ciało wykonuje ruch w moją stronę, jakby chciała podejść...

Ale to sekundy. Zaraz potem przypomina sobie kim jestem i jaka jest historia naszej znajomości.  Uśmiech znika. Twarz zacina się, tężeje. Zastyga.

Nie pamiętam, kiedy z Nią rozmawiałam. Jakoś 10 lat temu. Próbowałam jeszcze coś ratować, ale nie było sensu. Ile razy można uderzyć głową w ten sam mur? Ile razy można pozwolić dać się skrzywdzić? Kimkolwiek byłam nie zasłużyłam na odepchnięcie.

Jak to jest u Niej teraz? Ma 60 lat i uciekli prawie wszyscy. Czy opamięta się nim umrze i przeprosi? Czy ja chcę przeprosin? Przecież i tak nie da się nic już naprawić. W sumie  nawet w zeszłym roku nie ustała w intrygach i roszczeniach, więc  pewnie nic się nie zmieniło.

Więc mijam. Nie mam się czego wstydzić. Patrzę w Jej twarz bez wyrazu. Idę dalej. Po jakimś czasie nie wytrzymuję i się odwracam. Ale nie ma już po Niej śladu.

 

Znam tyle mądrych regułek. Schematy działań. Mechanizmy  umysłu. Wzory postępowań. Wskazania terapeutyczne. Znam i przez jeden niekontrolowany uśmiech muszę się ich uczyć na nowo.

Tagi: toksyczna
19:44, brebre
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 marca 2013
Rozmywam się i zapadam. W biegnące dni wsiąkam. 
Rozmywają się mniej konkretne plany, odsuwam w czasie realizację marzeń.
Brakuje mi czasu na realizację pomysłów – na dzień dzisiejszy – około dekady.
Żebym się mogła jeszcze napodróżować, ustabilizować emocjonalnie i ekonomicznie,
i wtedy pomyśleć o rodzinie. Wsiąkam w codzienność.
Praca, zakupy, gotowanie, sen. Odrobina relaxu. Kolejny dzień, tydzień, rok.
Książki do przeczytania później (już J. Pilch napisał, że odkładane na nigdy),
filmy do obejrzenia później, Miłość do przeżycia później,
Rodzicielstwo do przeżycia później i kilkadziesiąt miejsc na świecie do zobaczenia
kiedyś.
Milion łąk do poleżenia w trawie. Życie do przeżycia później.
Wielu uwięzionych w etatach, w biegu przez sprawy,
które tak naprawdę nie mają dla nas znaczenia.
W pracach często nie chcianych, raczej przypadkowych.
Bez przekonania, bez możliwości rozwoju, bez szansy na awans.
Tak zapracowani w kiepskiej pracy, że brak czasu na wysłanie cv do wymarzonej!
Bez umiejętności stanięcia z boku i zauważenia, że zboczyliśmy z wybranego toru
albo staneliśmy w miejscu. Z brakiem odwagi do zmiany. Do podjęcia ryzyka.
Rozmawiamy z niektórymi w pracy: jaką inną pracę moglibyśmy wykonywać.
Skomplikowane.
Kolega przywołuje dialog z Psów: „Co ja zrobię jak ja tylko przesłuchiwać umiem”
- a ja wyciąg z wiersza J. Podsiadło: „któregoś dnia wypierdolą nas z pracy (…)
i wszyscy staniemy się wolni”.
Analogicznie w związkach. Bez miłości. Bez miłości jeszcze może nie najgorzej.
Ale bez szacunku? Bez żywego wzajemnego zainteresowania? Bez wspólnej wizji?
Ot takie coś na dziś, na chwilę, w czym zostajemy na 20 lat.
(Ostatnio wyczytałam, że warto być z kimś młodszym. Ma to pewien sens:
moblizuje do działania,
do zaangażowania, do aktywności, do dbania o siebie. O wiedzę, o zdrowie,
o wygląd.
Co prawda trudno mi sobie wyobrazić związek z kimś młodszym,
ale z ideą się zgadzam.)
Czego nie zrobiłam w tym miesiącu choć już mogłam?
Nie postarałam się o nową pracę: Nie zadzwoniłam do potencjalnego pracodawcy,
nie odświeżyłam cv,
nie napisałam podania o przyjęcie.
Nie umówiłam się na wizytę do fryzjera ani stomatologa.
Nie umyłam samochodu (Robię to tylko na wiosnę :D).
Nie posprzątałam mieszkania.
Nie odpisałam na emaile znajomych. Nie zadzwoniłam do przyjaciół.
Nie umówiłam się na kolejny weekend, choć to wskazane.
Nie poszłam w sobotę na warsztat wiklinarski.

Obiecuję poprawę.
 
1 , 2